Maja Holzinger: Filmowe podróże [WYWIAD]

Maja Holzinger to młoda reżyserka filmowa, pochodzi z Sopotu, ale kilka lat temu wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Ukończyła studia filmowe w Nowym Orleanie, gdzie aktualnie mieszka i pracuje. Krótkometrażowe filmy reżyserki można zobaczyć na jej stronie. A poniżej wywiad.

Man With a Toilet, reż. Maja Holzinger

Man With a Toilet, reż. Maja Holzinger

Studiowałaś filmoznawstwo w Poznaniu. Kiedy zdecydowałaś, że to nie krytyce filmowej ani filmoznawstwu poświęcisz swój czas, ale właśnie robieniu filmów? Jaką rolę odegrali w tym reżyserzy, których lubiłaś i podziwiałaś?

Szczerze mówiąc, nigdy nie planowałam poświęcać się krytyce filmowej. Ale już w liceum interesowało mnie najbardziej kino, a po pierwszym swoim wyjeździe na festiwal Gutka w Cieszynie zdecydowałam, że pójdę na takie studia, gdzie ciągle ogląda się filmy. Tak znalazłam się w Poznaniu na UAM. To było naprawdę udane pięć lat. Od 8 rano serwowali nam czarno-białe filmy, kino nieme na małym telewizorku z magnetowidem. Na ekranie odbijały się okienne żaluzje. Mimo to, filmy nas wciągały, okrywaliśmy kino zupełnie wcześniej nieznane. Szczególnie zapadły mi w pamięć „Portier z Hotelu Atlantic” Murnaua oraz „Atalanta” Jeana Vigo. Profesor Małgorzata Hendrykowska jest wspaniałym wykładowcą i prawdziwą pasjonatką starego kina, więc nas tą miłością zaraziła. Do dziś moją ulubioną aktorką wszechczasów jest Clara Bow („It”, 1927).

Oglądaliśmy oczywiście też nowsze kino. Pamiętam, że na zajęciach było nam wstyd się przyznać, że czegoś nie widzieliśmy. Szczególnie jeśli wykład zaczynał się od dajmy na to:„Film Persona, który wszyscy dobrze znamy…” I tylko kiwaliśmy głowami, a potem szybko nadrabialiśmy te zaległości. Kiedy później sama zostałam wykładowcą zajęć o filmie na uniwersytecie w Nowym Orleanie, zauważyłam, że studentów z takim podejściem zdarza się na 60-osobową salę dwoje, może troje. Reszta bez najmniejszego zmieszania przyznaje, że nigdy nie słyszeli o Buñuelu. Kiedy pytam po co wybrali zajęcia z filmu, często nie wiedzą sami.

Ale obiegam od pytania…. Reżyserzy, których podziwiam odegrali decydującą rolę jeśli chodzi o moje życiowe wybory. Jim Jarmusch to najważniejszy z nich, bo od niego wszystko się zaczęło. Pewnego jesiennego wieczora w Sopocie, kiedy chodziłam do drugiej albo trzeciej klasy liceum, w kinie puszczali trzy filmy Jarmuscha. Były to jego trzy pierwsze filmy pełnometrażowe: „Nieustające Wakacje”, „Inaczej niż w raju” oraz „Poza prawem”. Te trzy filmy wywarły na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam, że poszłam potem na spacer na molo, gdzie było pusto i zimno. Postanowiłam sobie wtedy, że też kiedyś zrobię film.

Jarmusch jako reżyser ma niedoścignione poczucie czadu, genialny nienarzucający się ironiczny humor, a także ironiczne podejście do samego siebie jako twórcy. Zero patosu. To mi bardzo imponuje. Jarmusch pozwala sobie na totalną swobodę artystyczną i niezależność, nie podąża żadnymi trendami stylowymi. Wierzę mu, że naprawdę niewiele go obchodzi, czy ludzie lubią jego filmy. Myślę, że wywarł na mnie ogromny wpływ jako twórca, ale też jako człowiek.

Poza Jarmuschem, mam tych mistrzów kina wielu, bardzo wielu. Wenders, Kaurismaki, Kiarostami, Kim Ki-Duk, Polański, Sofia Coppola, by przywołać kilkoro z nich.

Twój pierwszy film zrealizowany w Stanach Zjednoczonych to „Man with a Toilet”, film bez wyraźnej fabuły, oparty raczej na aurze, atmosferze, absurdalnym, nieco surrealistycznym humorze. Jego poetyka przywołuje wczesną twórczość Jima Jarmuscha. Domyślam się, że to świadoma inspiracja, bo o Jarmuschu pisałaś pracę. Jak powstawał ten film? Wyczuwam w nim dużo swobody i improwizacji…

Myślę, że zabierając się do tej etiudy, chciałam zrobić film trochę jak Jarmusch i to oczywiście widać od razu. Nie chodzi o kopiowanie jego stylu, tylko raczej o podejście to dramaturgii. On jest mistrzem anty-dramaturgii, która hipnotyzuje.

Moja króciutka etiuda powstała dzięki uczestnictwu w kursie filmowym w Portland, gdzie dano nam do dyspozycji kamery super 8, film i totalną wolność twórczą. Wspólnie z moją przyjaciółką i współtwórczynią wszystkich dotychczasowych filmowych projektów, Anią Dobrowodzką, zastanawiałyśmy się, co by tu nakręcić. Wtedy ona przypomniała sobie historię naszego wspólnego kolegi, Praska, który kiedyś znalazł w Londynie sedes stojący na ulicy i postanowił go przetransportować do squatu, gdzie mieszkał i gdzie akurat kibla brakowało. Taszczył więc ten sedes przez całe miasto, a w zatłoczonym metrze siedział na nim, co musiało wyglądać komicznie. Z tej anegdoty zrodził się króciutki film, w którym zagrał nasz znajomy, Josh. W Portland ludzie wystawiają masę rzeczy na chodnik dla innych do wzięcia. Nietrudno było znaleźć sedes. Film powstał w jeden dzień. Kolejną inspiracją był dla mnie film Dwóch ludzi z szafą”. Ania zażartowała, że to dobra formuła na krótki film: dać komuś ciężki przedmiot do transportu przez miasto. Film Polańskiego nasunął mi też pomysł wprowadzenia do etiudy łobuzów, którzy zaczepiają chłopaka z kiblem. Traf chciał, że w kinie Hollywood akurat grali „Autora widmo” więc odniesienie do Polańskiego jest podwójne, bo szyld zapowiedzi kinowych pojawia się w tle. Mój mąż Rainer zagrał podwójna rolę, łobuza i pomagiera. Na koniec dołożyłam utwór Etopics, grupy z którą zaznajomił mnie Jarmusch w „Broken Flowers”.

Możliwe, że później szkoła mnie trochę zmieniła. Trudno odzyskać tę samą swobodę i spontaniczność. Mimo, że często pokraczne i bardzo niedoskonałe, pierwsze krótkie filmy były jakoś bardziej moje własne. Wszystkie wybory były wtedy intuicyjne. Teraz docieranie do tej intuicji to ciężka praca. Z drugiej strony w szkole filmowej można zacząć realizować projekty o trochę większej skali.

Kolejne filmy, „Rosebud” i „Call Me Cappy”, porzucają już tę poetykę na rzecz bardziej precyzyjnej konstrukcji, błyskotliwych dialogów, zupełnie innego oświetlenia i zdjęć. Te filmy są spójne i widać w nich autorski styl, choć wciąż też czerpią z kina. Jak odnajdujesz równowagę pomiędzy tymi dwoma czynnikami, pomiędzy autorską ekspresją a tradycją?

Raczej nie zauważam sprzeczności pomiędzy kształtowaniem własnego stylu a czerpaniem z kina. Czerpię garściami z filmów, które lubię, a rezultat i tak rzadko przypomina początkową inspirację. Po drodze wszystko się przekształca, zmienia. Myślę, że ostatecznie nie ma granicy pomiędzy tym, co własne a tym, co zaczerpnięte. Bo to, co zaczerpnięte, staje się własne. Poza tym cytowanie, choćby odlegle, ulubionych filmów to wielka frajda. To budowanie mikro-połączeń wewnątrz świata filmów. Wszystko i tak istnieje w kinie w odniesieniu do tego, co było przed. Czasami myśląc o jakiejś scenie, sposobie kadrowania, mam w głowie obraz albo nastrój z innego filmu. To bardzo inspirujące. Zabierając się do pracy nad wizualizacją scenariusza, często zbieram fotosy z innych filmów i wieszam je sobie na tablicy korkowej, wraz z wycinkami z gazet, zdjęciami. Filmy, które podziwiam to nieocenione źródło inspiracji i powód dla którego chce mi się filmy robić i przyłączyć się do tej podroży, która inni rozpoczęli, dołączyć się do dialogu.

Rosebud, reż. Maja Holzinger

Rosebud, reż. Maja Holzinger

To widać w Twoich filmach. Już sam tytuł „Rosebud” nie jest przecież przypadkowy, poza tym film przywołuje też oczywiście „American Beauty”. Z kolei bohater „Call Me Cappy” przypomina postaci kreowane przez Billa Murraya…

Tytuł „Rosebud” jest żartem w temacie filmowych odniesień. W obliczu doniosłości filmowej tego odniesienia, napisać bohaterce „rosebud” na pupie wydawało nam się z Anią dowcipne.

Dla mnie to jest przede wszystkim film o przedziwnej, udawanej rzeczywistości amerykańskich przedmieść, tzw. „suburbs”. Myślę, że ten świat wciąż nie został pokazany w kinie z dostateczną dozą ironii, na jaką załuguje. Świetnie ten absurd życia na amerykańskich przedmieściach opisuje w swojej książce o Midsweście Teresa Hołówka („Delicje Ciotki Dee”). Filmy jak „Blue Velvet” czy „American Beauty” dotykają tego tematu, ale moim zdaniem wciąż nie wgryzają się w tę rzeczywistość dostatecznie głęboko. Bill Murray to jeden z moich ulubionych aktorów! Porównanie bohatera „Call Me Cappy” z Billem Murrayem to prawdziwy zaszczyt. Myślę, ze Ritchie Montgomery to również wspaniały aktor. Dużo gra w mainstreamowych hollywoodzkich filmach, ale zawsze trafiają mu się role poboczne, epizodyczne. A jest to wielki aktor z ogromnym potencjałem. Z Murrayem łączy go to, że najmniejszy grymas, ruch na jego twarzy staje się niezwykle wymowny na ekranie. On gra bardzo, bardzo oszczędnie a jednocześnie jego osoba potrafi hipnotyzować. Jest bardzo charyzmatyczny. W przypadku „Call Me Cappy” inspiracją było dla mnie jednak głównie kino europejskie, a dokładniej skandynawskie.

Call Me Cappy, reż. Maja Holzinger

Call Me Cappy, reż. Maja Holzinger

Rosebud” i „Call Me Cappy” w ogóle mają wiele wspólnego. W obydwu pojawia się obsesja upływającego czasu, a w jakimś stopniu też nostalgia za utraconą młodością czy fetyszyzowanie młodości. Te motywy w ogóle wydają się bardzo ważne dla kina amerykańskiego. Czy codzienne życie w Stanach potwierdza te kinowe obsesje? Skąd u Ciebie zainteresowanie tymi tematami?

Nie wiem, skąd się wzięła we mnie ta obsesja starości, ale rzeczywiście jest ona obecna. Z tego co obserwuję, wyraża się ona w przedziwnym przewijającym się motywie: starszy facet i młoda dziewczyna. Nie wiem skąd moje zainteresowanie tymi tematami. To nie jest świadomy wybór, tylko coś, co wychodzi samo. Może czuję, że moja młodość szybko przemija i zaraz się skończy. Żyjąc w Stanach można naprawdę nabawić się trwogi przed przemijaniem. To jest przedziwny kraj, który starość niemal zupełnie wyrugował z codziennego życia. Przynajmniej takie jest moje odczucie. Przede wszystkim, poza miastami takimi jak NYC, Chicago czy San Francisco, nie bardzo się da uczestniczyć w codziennym życiu społecznym bez samochodu. A staruszkowie w pewnym wieku przestają móc prowadzić auta. To ich zupełnie spycha na margines. Często muszą mieszkać w instytucjach, gdzie wożą ich specjalnymi busikami, ale zazwyczaj tylko do kościoła lub marketu. Nie ma ich w parkach na ławeczkach, ani w kolejkach po lody z wnukami. To jest jakiś przedziwny świat, gdzie wszyscy jakby zmówili się, żeby udawać że starość i śmierć nie istnieją. Nowy Orlean jest wyjątkiem, ale w większości miast w ogóle nie widać cmentarzy. To jest bardzo niepokojące i niezdrowe. Nie zdecydowałabym się tutaj spędzić emerytury.

Wrócę jeszcze do tematu filmowego. Jakie kino najbardziej lubisz? Jakie są Twoje najnowsze odkrycia i inspiracje?

Kino o ludziach. O tym, co się dzieje miedzy jednym człowiekiem a drugim, w przeciwieństwie do kina o konceptach. Tak wiec „Boyhood” raczej niż „Interstellar”. Podoba mi się nowe kino rumuńskie, filmy jak np. „Wtorek po świętach”, gdzie panuje pełen naturalizm, gdzie jesteśmy z bohaterami u nich w domu, w samym centrum tego co się dzieje w ich zwykłym życiu. Tryumfem tego zwykłego życia na ekranie jest dla mnie film „Życie Adeli”. Lubię filmy skupione na postaci, których dramaturgią kieruje wewnętrzny rozwój bohatera, psychologiczna prawda o danym człowieku, kiedy mamy wrażenie, że rozumiemy, co czuje bohater w każdym momencie filmu. Ostatnio widziałam zupełnie niezwykły film „Party Girl”, trojki reżyserów francuskich, który absolutnie mnie zachwycił. Kocham filmy, w których możemy spojrzeć głęboko w samych siebie, a przy tym filmy, w których nie musimy się nigdzie spieszyć. Ja w ogóle za typowym filmem hollywodzkim kinem nie nadążam. Nawet „Birdman’a”, który jednak skupia się na jednej postaci, muszę obejrzeć najmniej dwa razy, bo wszystko dzieje się tak szybko, że dużo mi umyka. Przywołam tu słowa Tadeusza Sobolewskiego o tym, że dobry film opowiada sam siebie jak wiersz. I dlatego lubię kino niespieszne, kontemplacyjne. Jakiś czas temu odkryłam meksykańskiego reżysera Fernando Eimbcke, który tworzy kino, które skupia się na momentach i pokazuje nawet nudę w taki sposób, że staje się to fascynujące.

Czy kino miało jakiś wpływ na podjęcie decyzji o przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych? Z jakimi wyobrażeniami wyruszałaś do USA, które z tych wyobrażeń zupełnie nie przystają do amerykańskiej rzeczywistości?

Do Ameryki ruszyłyśmy z Anią i jeszcze jedną koleżanką w przekonaniu, że będzie jak w filmach drogi. Że beztrosko pędzi się autostradą do Kalifornii, paląc papierosa i słuchając głośno muzyki. Bywały chwile, kiedy tak się czułyśmy, ale prawda jest taka, że szybko skończyły nam się pieniądze, samochód się popsuł. Okazało się, że bardzo trudno jest sobie w Stanach poradzić bez kasy (co podczas europejskich podróży nam się udawało), bo nie ma chodników dla pieszych, nie ma za bardzo transportu publicznego, a na ulicach miast często bywa niebezpiecznie. Musiałyśmy się postarać o jakaś dorywczą prace, co było dużo trudniejsze niż w Europie.

Podczas tej wizyty w Stanach zaskoczyła mnie przede wszystkim bardzo wielka nędza na ulicach. W Nowym Orleanie tuż obok dzielnicy milionerów rozciąga się dzielnica slumsów, gdzie w dzień czasem słychać strzały, gdzie ludzie nie mają zębów i podstawowych środków do życia, nie mówiąc już o opiece zdrowotnej. Kontrasty społeczne są ogromne, co rodzi agresję. Jest też olbrzymia dyskryminacja i podziały rasowe. To jest naprawdę okrutnie rządzony kraj, który biednym nie stwarza perspektyw poprawy losu.

Jednakże, mimo całej masy rozczarowań, moja wyprawa była i jest w dalszym ciągu, od sześciu już lat, wielką przygodą. Podoba mi się najbardziej to, że tu wszędzie obecna jest muzyka i pełno jest koncertów. Nawet nieznane, lokalne zespoły często zaskakują oryginalnością. W ogóle, tu przeciętny człowiek od dziecka na czymś gra i umie śpiewać, więc muzyka stoi tu na nieporównywalnie wyższym poziomie.

Jak to się stało, że zdecydowałaś się zamieszkać właśnie w Nowym Orleanie?

Nigdy nie miałam zamiaru tu mieszkać. Tak się złożyło, że dostałam się do tutejszej szkoły filmowej, która była dla mnie bezpłatna, bo w zamian za czesne, pracowałam jako wykładowca, prowadząc zajęcia dla tzw. freshmenow, czyli świeżo przyjętych studentów licencjatu z filmu. Poza tym, Nowy Orlean zyskał ostatnimi laty, bardzo zresztą zasłużenie, miano Hollywood Południa, jako że kreci się tu ogromną liczbę filmów. W związku z tym, to dobre miejsce na studia filmowe, bo oprócz szkoły, można zdobywać doświadczenie na planach filmowych. Dużo ciekawych możliwości otworzyło się przede mną, które nie byłyby w zasięgu nigdzie indziej. W momencie wyboru szkoły mieszkałam w Gainesville, na Florydzie. Jest to przepiękne miasteczko uniwersyteckie „tylko” 8 godzin od Nowego Orleanu, czyli jak na tutejsze warunki bardzo blisko.

Nowy Orlean jest miastem bardzo zmitologizowanym przez kino i popkulturę, podobnie zresztą jak wiele miejsc w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo jednak, postrzegany jest jako miasto bardzo nieamerykańskie a wręcz europejskie, szczególnie w sferze obyczajowości. Jak się tam czujesz?

Trochę jak w klatce. Wciąż sobie nie radzę z faktem, że nie mogę wieczorem wyjść z domu i pospacerować bez celu po mieście. Nowy Orlean ma największą liczbę strzelanin w kraju. Ulice w większości dzielnic są wyludnione, nikt nie chodzi. Człowiek idąc ulicą czuje się dziwnie. Przejeżdżający patrzą się podejrzliwie, a czasem nawet coś krzyczą. Mnie taki styl życia nie odpowiada. Nie lubię wszędzie jeździć samochodem, natomiast kocham spacery.

Zazwyczaj jest tak, że jak już zupełnie nie rozumiem co ja tu robię, to zdarza się coś, co jednak chwyta mnie za serce i przepełnia atmosferą wyjątkowości tego miejsca. Jak np. nagle zatrzymają na ulicach cały ruch w godzinach szczytu, żeby środkiem mogła przejść wielka parada Mardi Gras Indian. Albo momenty, kiedy przejeżdżam przez najbiedniejszą i bardzo niebezpieczna dzielnicę miasta i pod spożywczym dostrzegam gościa, który gra sobie na saksofonie w taki sposób, że gdyby znalazł się jakimś cudem w Warszawie, to ludzie płaciliby duże pieniądze, żeby go słuchać w sali kongresowej. To jest naprawdę zadziwiające i bardzo piękne.

Bardzo mi się też podoba to, że miasto się bardzo intensywnie obecnie rozwija i czuć wokoło dużo energii. Jak grzyby po deszczu wyrastają małe niezależne kina, pizzerie, kawiarnie, sklepy ze zdrową żywnością, studia oferujące zajęcia z każdej możliwej odmiany jogi, kluby koncertowe. Do Nowego Orleanu przeprowadza się masa kreatywnych ludzi z Nowego Jorku czy Bostonu, zmęczonych pędem i kosztami życia, albo byciem ocenianym na podstawie tego, co robią by zarabiać pieniądze. Tutaj ludzi traktuje się bardzo ludzko i nikt nie stara się nikomu imponować. Nie ma tej idiotycznej gry w sukces. No i ostatecznie miło jest zimą siedzieć pod palmą w przyjemnej pogodzie.

Nowy Orlean to miasto wielkich kontrastów, tak więc budzi uczucia bardzo skrajne. Kiedy przybyłam tu jako turystka, to miasto mnie urzekło i poruszyło wszelkie zmysły. Teraz echo tamtej fascynacji co jakiś czas powraca.

Foto: Maja Holzinger

Foto: Maja Holzinger

Zbliża się Mardi Gras. Jak zamierzasz spędzić ten dzień?

Niestety, może Cię rozczaruję, ale na Mardi Gras staram się uciekać z miasta. Wszędzie pchają się parady, które ja osobiście widzę jako przerażające zagrożenie dla środowiska. Jadą przez miasto wielkie platformy i śmiecą wyrzucając plastikowe korale, kubki i inne niepotrzebne bibeloty, a publiczność porzuca całą masę plastikowych kubków po piwie i puszek. To wszystko często nie podlega żadnemu recyklingowi bo Nowy Orlean jest pod tym względem w tyle. Wszędzie pełno pijanych, głośnych turystów, bez koszulek z brzuchami piwoszy albo poprzebieranych. Lubię jednak paradę krewe du vieux, nieznaną większości turystów która przeciska się przez ciasne uliczki French Quarter i ma w sobie coś z dawnego ducha karnawału.
Urzeka mnie podczas Mardi Gras widok małych chłopców, którzy dopiero co odrośli od ziemi a już grają na trąbkach z niebywała wprawą. Teraz, jak piszę te słowa mija mnie właśnie taka mała parada szkolna.

Dziękuję za rozmowę i „pocztówkę” z Nowego Orleanu.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: